I tydzień Wielkiego Postu – Poniedziałek

Obecnie przychodzi nam wrócić do idei i doświadczenia Wielkiego Postu jako duchowej wędrówki, której celem jest przeniesienie nas z jednego duchowego stanu w inny. Jak to już zdążyliśmy powiedzieć, ogromna większość dzisiejszych chrześcijan nie rozumie zgoła tego celu Wielkiego Postu i widzi w nim tylko taki okres roku, w którym zobowiązani zostają do wypełnienia pewnych religijnych powinności: tego, by (przynajmniej raz w roku) przystąpić do Komunii i poddać się pewnym rygorom odnośnie dopuszczalności spoży­wania pokarmów, rygorom, po których wnet nastąpi pełna swoboda korzystania z nich w okresie powielkanocnym. I wobec tego, że nie tylko świeccy, lecz także wielu duchownych przejęło się tym uproszczonym i czysto formalnym sposo­bem pojmowania Wielkiego Postu, jego prawdziwy duch prawie całkiem się ulotnił. Liturgiczną i duchową odnowę percepcji Wielkiego Postu wypada zatem uznać za jedno z najważniejszych zadań, jest ona jednak możliwa tylko i wyłącznie w oparciu o prawdziwe zrozumienie rytmu i struktury całości wielkopostnej liturgii.

Akord otwierający Wielki Post i nuta wiodąca całości wielkopostnej “melo­dii” to Wielki Pokutny Kanon św. Andrzeja z Krety (nota tłumacza – św. Andrzej metropolita Krety (+740) i autor Wielkiego Kanonu to wybitny kaznodzieja i poeta grecki VIII wieku). Podzielony na cztery części Wielki Kanon czytany jest podczas Wielkiej Komplety (Vielikoje Povieczerije), w wieczory czterech pierwszych dni Wielkiego Postu. Opisać go można jako pokutną lamentację oddającą bezmiar i głębię grzechu, wstrząsającą duszę bezdenną desperacją, kajaniem się i nadzieją. Św. Andrzej z Krety w niezrównany sposób przeplata w tym Kanonie wielkie biblijne tematy – Adama i Ewę, raj i upadek człowieka, patriarchę Noego i potop, Dawida, Ziemię Obiecaną i nade wszystko Chrystusa i Jego Kościół – z wyznaniem grzechów i wyrazami skruchy. Wydarzenia świętej historii jawią się przy lekturze Kanonu jako wydarzenia mego życia, rzeczy zdziałane przez Boga w przeszłości przedstawione są jako coś, co tyczy się mnie i mojego zbawienia, tragedie grzechu i sprzeniewierzenia są moją osobistą tragedią. Życie każdego z nas zaprezentowane zostaje jako część wielkiej i wszechogarniającej walki między Bogiem i siłami ciemności, które powstają przeciw Niemu.

Kanon zaczyna się od następującej bardzo głębokiej osobistej nuty:

Od czegóż zacząć mam opłakiwanie czynów nędznego mego życia ? Jakiż – o Chryste – początek skargi żałosnej uczynię?

(nota tłumacza: tu i dalej wykorzystane zostaje częściowe tłumaczenie Kanonu przez ks. Miczysława Bednarza S.I.)

Jedne po drugich popełnione grzechy jawią się przede mną w ścisłej łączności z przeciągającym się dramatem człowieczego stosunku do Boga, historia upadku pierwszego człowieka – to moja własna historia:

Wina praojca Adama jest także moją winą i wiem, żem z powodu

mych grzechów ogołocił się sam z Boga Królestwa Wiecznego i

szczęścia.

Straciłem wszystkie boskie dary:

Skalałem oto odzienie mego ciała, zaciemniłem obraz Twój

i podobieństwo, o Boże (…)

Zamroczyłem piękno mojej duszy, poszarpałem odzienie w któreś

w zaraniu stworzenia przyoblekł mnie i stoję nagi (…).

Tak oto w ciągu czterech wieczorów dziewięć pieśni Kanonu zdają nam sprawę z duchowej historii świata: historii, która jest także i naszą historią.

Kanon to wyzwanie dla nas, mówi on co prawda o wydarzeniach i sprawach należących do przeszłości, ale wiecznych gdy idzie o ich wymowę, jako że każda okazująca się niepowtarzalnym jestestwem ludzka dusza zmaga się z tym samym dramatem, stoi przed takimi samymi aktami ostatecznego wyboru, odkrywa tę samą ostateczną realność. Przykłady z Pisma Św. nie są tu tylko i wyłącznie “alegoriami”: mylą się ci, co tak sądzą i z tego powodu twierdzą, że Kanon jest zbyt przeładowany imionami i epizodami o drugorzędnym znaczeniu Po co mówić –zapytują – o Kainie i Ablu, Dawidzie i Salomonie, gdy całkiem po prostu można by powiedzieć: “Zgrzeszyłem”? Ci, co z takimi sądami występują, nie rozumieją, że samemu słowu “grzech” przysługiwała w biblijnej i chrześci­jańskiej tradycji taka głębia i intensywność, której dzisiejszy człowiek po prostu nie jest w stanie pojąć i dlatego wyznawanie przez niego grzechów to coś, co bardzo się różni od prawdziwej chrześcijańskiej skruchy.

Kultura, w której żyjemy i która kształtuje nasz światopogląd, w rzeczywis­tości całkiem wyklucza pojęcie grzechu. Grzech wszak to nade wszystko upadek człowieka z niebotycznych duchowych wysokości, sprzeniewierzenie się wyso­kiemu powołaniu. A jakiż to może mieć sens dla kultury, której wszelkie takie “duchowe wysokości” i powołania są obce i która definiuje człowieka nie “od góry” a “od dołu” – takiej kultury, która jeśli nawet nie posuwa się do otwartej negacji Boga, faktycznie jest z gruntu materialistyczna, traktuje życie ludzkie wyłącznie w kategoriach materialnego dobrobytu i ignoruje transcendentalne powołanie człowieka? Współcześnie grzech rozpatruje się przede wszystkim jako jakąś naturalną “słabość”, “słabość” mającą najczęściej wynikać z “niedopa­sowania” i dającą się przeto wyeliminować przez lepszą organizację socjalnego i społecznego życia. I dlatego nawet gdy wyznaje swoje grzechy, nowoczesny człowiek nie kaja się. Zamiast tego, zależnie od takiego czy innego pojmowania swych religijnych zobowiązań, albo formalnie wylicza formalne wykroczenia przeciw formalnym prawidłom, albo wdaje się ze spowiednikiem w rozmowę o swoich “problemach” – oczekuje odeń swego rodzaju terapii mającej mu wrócić szczęście i spokój.

W obydwu przypadkach całkowicie brak skruchy: brak szoku doznawanego przez człowieka, który dojrzawszy w sobie obraz niewysłowionej chwały poczyna sobie zdawać sprawę, że tej chwale sprzeniewierzył się i ją odrzucił; nie ma skruchy jako żalu płynącego z głębi ludzkiej świadomości, jako pragnienia powrotu, jako zdania się na Boże miłosierdzie i litość. Oto dlaczego nie wystarczy powiedzieć po prostu “zgrzeszyłem”. Prawdziwego znaczenia i skute­czności wyznanie wiary nabiera tylko wtedy, gdy grzech jest percypowany i prze­żywany w całej swej głębi i smutku.

Znaczenie i funkcja Wielkiego Kanonu zasadza się właśnie na tym, żeby odsłaniać nam grzech i tym samym prowadzić nas do skruchy. Pokazuje on ten grzech nie przez definicje i wyliczenia, lecz przez głęboką medytacje nad biblijną historią, która w samej rzeczy okazuje się historią grzechu, pokajania i przeba­czania. Medytacja ta wprowadza nas w krąg innej duchowej kultury, zaskakuje nas całkiem innym sposobem rozumienia człowieka, jego życia, jego celów i jego duchowych “motywacji”. Przywołuje światopogląd, w ramach którego skrucha jest znów możliwa. I tak gdy słyszymy:

Nie wykazałem, o Jezu sprawiedliwości Abla, nie ofiarowałem Ci ani miłych darów, ani uczynków zbożnych, ani czystych ofiar, ani nieskalanego życia

– rozumiemy, że ta krótko w Biblii wspomniana historia pierwszej ofiary objawia coś bardzo istotnego dla naszego własnego życia i w odniesieniu do człowieka w ogóle. Rozumiemy, że grzech jest nade wszystko uchylaniem się od życia jako ofiary składanej Bogu, czyli innymi słowami uchylaniem się od życia dla Boga i po Bożemu. Rozumiemy, że źródłem grzechu jest dewiacja naszej miłości do jej najwyższego obiektu. I dzięki temu zrozumieniu staje się możliwe wypowiedzenie słów jaskrawię kolidujących z naszym “nowoczesnym” sposo­bem doświadczania życia, ale mimo to kryjących w sobie jakże głęboką prawdę:

0  Ty, któryś z prochu stworzył życie i któryś dał mi i ciało,

i kości, i tchnienie! Twórco mój, Odkupicielu i Sędzio,

przyjmij pokutę moją!

Rzecz jasna, lektura Wielkiego Kanonu zakłada znajomość Biblii i wymaga zdolności rozumienia znaczenia biblijnych obrazów. Jeśli dzisiaj tylu ludziom Kanon wydaje się nudny i zdezaktualizowany, dzieje się tak dlatego, że wiara ich nie żywi się już Pismem Świętym zawsze traktowanym przez Ojców Cerkwi jako jej źródło. Winniśmy się znowu nauczyć percypować świat, tak jak jawi się on w Biblii i żyć tak, jak każe Biblia. A najlepszym sposobem nauczenia się tego jest wczucie się w cerkiewną liturgię, która nie tylko przekazuje nam biblijne nauki, lecz także odsłania biblijny światopogląd i obraz życia.

Tak oto wielkopostna wędrówka zaczyna się dla nas od powrotu do “punktu wyjścia”, Stworzenia świata, upadku pierwszego człowieka i Odkupienia: od powrotu do świata, gdzie wszystko mówi o Bogu i odbija Bożą chwałę, gdzie wszystkie wydarzenia mają odniesienie do Boga, a człowiek odnajduje praw­dziwy wymiar swego życia i odnalazłszy go kaja się.

 

A.Schmemann, Wielki Post, tłum. A.Kempfi, Białystok 1990

za:www.prawoslawie.pl